Sierpień upłynął nam pod znakiem urlopów i podróży. Zwykle pozwalam sobie na odpoczynek jedynie gdy organizm padnie z wyczerpania lub ulegnie chorobie. Mimo, że tym razem starałem się faktycznie odpocząć, i tak wypełniłem grafik pod sam korek.
Na początku była choroba. Myślałem, że niedospaniem obniżyłem sobie odporność i cholera wzięła mnie na motocyklu. Ale jakoś nie miało to sensu, choroba nie przypominała przeziębienia. Są pewne teorie, że organizm odracza wszystkie toczące go bolączki, aby przerobić je później, w chwili rozluźnienia, na przykład na wakacjach. Czy to było to, nie wiem. Wiem, że chodziłem kilka dni otumaniony, a Ula nacierała mnie psim sadłem i wonnymi olejami. Ostatniej nocy postanowiłem popaść w gorączkę i malignę, za co rano obudziłem się zdrów. Spakowaliśmy się w kampera i wyjechaliśmy.
Kamper wymagał rozruszania. Poprzednich kilka lat przestał na parkingu, porastając mchem i paprocią. Szczęśliwie, jego serce to nieśmiertelny dwuipółlitrowy turbodiesel, więc chwilę pokaszlał, wypluł obłoki smoły, i ruszył. Na autostradzie nawet udało się kilka samochodów wyprzedzić, po wcześniejszym rozpędzeniu się. Po kilku godzinach szumu, stukotu i zderzania się całej zawartości szafek przepalatanych z płaczem dziecka, dotarliśmy do podleśnej chatynki Babci Uli.
Nieźle się tam narąbałem i urżnąłem. Cały dzień poświęciłem na zajęcie się wyciętymi przez Babcię świerkami. Drewno było tak sękate, że robota ta przypominała bardziej łamigłówkę, niż pracę. Niektóre pniaki zamiast rozłupywać, niczym Aleksander wielki, ciąłem wzdłuż piłą. Tego dnia nabrałem dużego szacunku do narzędzi elektrycznych, bo staruszka przestraszona odpalaniem dwusuwa, kupiła piłę sieciową. Lekkość, wygoda i niezawodność działania należy uznać jako punkt dla prądu. Słyszycie, Amisze? Odwiedziliśmy też dawne ziemie Strauchmańńskie, z których mój praszczur od swoich praszczurów dopiero się odłączył. Nitki mojego rodu splątały się tam z inną krwią, prześcigając się wzajemnie we wszystkim co dobre. Bardzo ciepło o Was myślę, gałęzi Wielkopolska, niezależnie czy pod moim, czy waszym nazwiskiem występujecie!
Po kilku dniach ruszyliśmy w dalszą podróż, tym razem naszym celem było przejechać Polskę wszerz, aby dotrzeć do ukrytej na górskiej polanie chaty Mikołaja. Ale zanim tam dojechaliśmy, uszczkęliśmy jeden wieczór, aby spotkać się z Wujkiem Januszem i jego wspaniałą rodziną. Spędziliśmy z nimi czas w ich magicznym ogrodzie, gdzie powoli odkopują ruiny poniemieckiego pałacu. Z tamtego miejsca i od tych ludzi bije szczęście i satysfakcja, jakby dumni byli z każdej wykopanej cegły i odsłoniętego chodnika, i jakby ziemia i budowla były im za ich pracę wdzięczne. Wieczorem Wujek dał mi stare materiały reklamowe poprzedniego modelu mojego motocykla, których tekst spisany po niemiecku zainspirował mnie do pewnych odważnych kroków, do dużych zmian w mojej maszynie. Noc spędziliśmy u wujostwa.
Skoro świt ruszyliśmy w dalszą drogę. Bez większych przestojów, ale po długiej podróży dotarliśmy w Beskid Niski. Chata Mikołaja leży na końcu świata, za kilkoma rzekami, a w okolicy, gdzie tubylcy nie słyszeli jeszcze o mostach. Jendak stary Citroen jest wysoki i mimo podziurawionej podłogi udało nam się przejechać bród i pozostać suchymi. Do Mikołaja jechaliśmy na zaproszenie, wezwał mnie na robotę kamieniarską przy odbudowie szopy, która służyć ma mu teraz za warsztat. Nie byliśmy jedynymi, którzy odpowiedzieli na wezwanie. Na miejscu trafiliśmy na tłumy studentów, a całe przedsięwzięcie bardziej przypominało Woodstock, niż obóz pracy. Łącznie z wieczornymi projekcjami filmów na drzwiach chaty. Na Podbeskidziu czas płynął nam prosto i równo — łupaliśmy kamienie, leżeliśmy na trawie, piliśmy wodę ze studni, pływaliśmy i myśliśmy się w rzecze. Czasami odganialiśmy korwy od namiotów, albo przeprawialiśmy się przez rzekę, aby kupić od miejscowych lemoniadę. Spędziliśmy wspaniałe chwile na łące, wśród wspaniałych ludzi i krowiego łajna. Żyliśmy jak w innej epoce, w innym świecie. Ale wreszcie trzeba było wracać.
Wspomnę tutaj, że na końcu końca świata spotkaliśmy Asię, znajomą ze szkoły. Kolejny dowód, że wszystkie drogi prowadzą do Głuchołaz.
Po powrocie w nasze strony pojawiła się kolejna okazja. Ulę i Aurę wywiozłem na prerię do moich rodziców, którzy wybrali się na swoje wakacje. Gdy jechałem do pracy, zostawiały same. Dziewczyny kumały się wtedy z moimi ciotkami, a ja rozbijałem się motocyklem po Śląsku. Przecinałem przez chaszcze, przejeżdzałem europejskie szlaki terenowe, odkrywałem polne drogi, wykrzykiwałem gniewne słowa na zarządcę dróg, który budowaną nitką S8 pokrzyżował mi wiele planów, po czym wracałem do rodziny i razem byliśmy na odludziu.
Niespodziewanie, wraz z końcem Sierpnia, zadzwonił Jan i zaproponował wyprawę do Frankfurtu nad Menem. W pierwszym odruchu próbowałem się wykręcić. W końcu nigdy nie byłem w Niemczech, co powoli przerastało w punkt honoru. Jednak gdy wszystko stanęło przeciwko mnie i nie znalazłem wymówki, uznałem, że będzie to dobry test przed dalszymi wyprawami. Jana odebrałem spod domu i wyruszyliśmy, rozbijając sie po autobahnie. Zaraz za Nysą Łużycką jakiś podły niemiecki paparazzi zrobił nam zdjęcie. Czas pokaże, ile będzie mnie ono kosztować. Po kilku godzinach jazdy zatrzymaliśmy się w zamku Wartburg na stromym urwisku. W planie było natłuc Lutrowi-diabłowi, ale Bóg uprzedził nas o kilkaset lat, więc skupiliśmy się na zwiedzaniu. Wystawy w tamtejszym muzeum były dla mnie pierwszy kontaktem z autentyczną materią propagandy niemieckiej, która przedstawiała wolność i demokrację, jako fundamentalny element germańskiej krwi. W końcu dotarliśmy pod Frankfurt, gdzie mieliśmy wziąc udział w pewnym spotkaniu. Może nie była to grupa reprezentatywna narodu niemieckiego, natomiast był to dla mnie dotychczas jedyny, niesłużbowy z nimi kontakt. Strasznie znerwicowani ludzie. Przegrana sprzed lat ciąży im ogromnie. Przyszło mi poznać tam kilka barwnych postaci, w tym bardzo fajnego dziwaka-Jivaka. Niektórzy posiadali ezoteryczną wiedzę, niektórzy ezoteryczną wiedzą byli otumanieni. Rośnie za naszą zachodnią granicą sentyment za własnym państwem, którego niemcy doszukują się w Kaisserreichu i zjednoczenie z ziemiami Śląska, Pomorza i Prus. Janowi udało się przekonać jednego apologetę, że w swojej rycerskości Werhmacht mógł faktycznie popełnić zbrodnię równając Warszawę z ziemią po upadku powstania. Ale byłaby to jedyna zbrodnia tego narodu, więc brzmi to conajmniej podejrzanie. Honor wymaga, aby przyznać Ci sukces, Janie, czas zweryfikuje jego trwałość. Spałem w samochodzie, a Jan, w swojej ekstrawagancji, na drzewie. Na śniadanie jedliśy owsiankę z miodem, na obiad mięso z ognia.
Wracając z obczyzny już się nie rozdrabnialiśmy, tylko mknęliśmy prosto do domu. Jana wysadziłem na jego włościach jeszcze w niedzielę. Do siebie dotarłem chwilę po północy. W domu zastał mnie merdający ogonem pies oraz śpiąca rodzina. W kuchni i łazience znalazłem pozostawione przez Uleńkę karteczki z instrukcjami gdzie znajdę jedzenie, picie, ręcznik i czyste ubranie. W ten sposób zadbany ogarnąłem się po podróży i padłem na twarz, a Sierpień dobiegł końca.
Dziękuję wszystkim, z którymi spotkałem się podczas sierpniowych przygód. Może te zapiski tego nie wyrażają, ale to Wy byliście celem tych wszystkich planów i przedsięwzięć.
JS