Chcę wybudować dom.
Chcę to zrobić bez kredytu, chcę to zrobić (możliwie najwięcej) własnymi siłami, chcę to zrobić dla siebie i dla mojej rodziny. W tym celu nabyłem działkę, wyszło tego trzydzieści arów. Całośc działki jest orna, grunt klasy trzeciej. Około jedna trzecia w miejscowym planie oznaczona jest jako budowlana mieszkaniowa z jakimiś bonusami pod usługi i transport, a pozostałe dwie trzecie urzad traktuje jako rola. Na tej jednej trzeciej, budowlanej, jakiś ktoś lat temu sto i pięćdziesiąt wybudował oborę, której na ten moment jest około trzech ścian. Fundament ma jeszcze kamienny, a wśród zwalonych ścian znalazłem cegłę z 1884. Część rolna zarasta chwastami, poprzedni właściciel okazjonalnie je wypalał. Część budowlana pokryta jest małym sadem — kilka starych jabłonek, kilka wiśni, kilka czereśni, śliwek i orzechów.
Na zakup tej ziemii zdecydowałem się we Wrześniu 2024 roku. U notariusza okazało się, że działka ta rozpościera się na oszałamiających trzydziestu arach I TRZECH METRACH KWADRATOWYCH. W związku z tym o planowanym zakupie musiał być poinformowany Krajowy Ośrodek Wsparcia Rolnictwa, gdyż ustawa przy działkach o powierzchni przekraczającej trzydzieści arów daje KOWRowi prawo pierwokupu, gdyby ktoś przez rząd nieporządany chciał wykupić polską ziemię. Czy coś. Dodało to mieisąc rozbieżności pomiędzy spisaniem umowy wstępnej, a faktycznym nabyciem ziemii.
Drugi miesiąc dodały Lasy Państwowe. Z racji tego, że na tej działce nie było lasu od około ośmiuset lat, gdy teren ten wykarczowali i zagospodarowali Cystersi z miejscowego opactwa; plany gminne nie przewidują zalesiania tego terenu, a do najbliższego lasu jest około kilometr, musiałem potwierdzić, że Lasy Państwowe nie planują skorzystać z prawa pierwokupu jeszcze niemojej ziemii i zalesienia tego mikro potencjalnie nielasu.
Ostatnim paznokciem roku 2024, po odczekaniu dwóch miesięcy, podczas których Lasy i KOWR kolejno milczeniem odrzuciły swoje prawo do pierwokupu terenu, na który nikt poza mną nie miał chrapki, udało mi się wejść w posiadanie małej działki na prowincji, niedaleko granicy z Krecikiem i Rumcajsem. Nie obeszło się to bez ostatniej zagadki — sprzedający, przestraszony podejrzeniami ze strony skarbówki, nie przyjął ode mnie gotówki, którą do notariusza przyniosłem w reklamówce, tylko zażądał przelewu. Jak się okazało, mój ówczesny bank miał jedyny otwarty odział gotówkowy w Warszawie, który na dodatek był w likwidacji. Łaskawcy jednak pozwolili mi skorzystać z wpłatomatów, które obsługiwały wpłaty maksymalnie dziesięciu tysięcy w jednorazowej transakcji i maksymalnie trzydzieści tysięcy dziennie.
Po pół roku poszukiwania działki, dwóch miesiącach cierpliwego znoszenia braku odpowiedzi z instytucji państwowych, kilku dniach wpłacania pieniędzy w bankomatach, odczekaniu uprawomocnienia się wpisu do ksiąg wieczystych, nareszcie zostałem właścicielem ziemskim.
Wtedy myślałem, że marzenie o budowie domków na drzewie, uprawianiu grządek, prowadzeniu sadów i hodowli kur już zaraz się spełni. Ha!
W serii wpisów pod tagiem BUDOWA postanowiłem spisywać, po części na bieżąco, po części wspomnieniami, wyścig z polskimi urzędami, czasem, i resztkami zdrowia psychicznego. Z czasem przekonamy się, czy przeprowadzę się do siebie, czy do Choroszczy.
JS