Przebieg Suzuki nieubłaganie zbliża się do połowy miliona. Ten samochód przeszedł wiele. Na tym etapie nie ma strony, z której w coś nią nie uderzyłem, lub coś nie uderzyło w nią. Jest stara. Jest zmęczona. Ale jest niezawodna. Do tej pory nie odpaliła tylko raz — ten jeden raz, gdy akumulator, po dwunastu latach pracy, postanowił umrzeć.
Chodzą słuchy, że rzeczy są czymś więcej, niż sumą składowych. Nie wiem. Ale wiem, że niezawodna Suzuki składa się z części. A części się zużywają. A gdy się zużywają, przestają działać prawidłowo. I wtedy urok jeżdżenia starym gruchotem staje przed nami w całej okazałości. Zwłaszcza, jeśli właściciel ma zacięcie do majsterkowania.
Kilka miesięcy temu pojawił się Wyjec. Ciekawy gość. Najpierw nie dawał się we znaki. Odzywał się tylko przy większych prędkościach, rzędu stu dwudziestu na godzinę. Najwyraźniej spodobało mu się u mnie, bo zrobił się dużo bardziej gadatliwy i słychać go było przy harmonicznych - przy dziewięćdziesięciu, sześćdziesięciu, później nawet przy trzydziestu. Na początku nie był zbyt problematyczny, ot cichutko jęczał.
Ignorowanie go nie przyniosło efektu. Wręcz przeciwnie. Wyjec rozbestwił się do tego stopnia, że komunikacja na lini kierowca - tylni pasażer była utrudniona. Zaczęliśmy do siebie krzyczeć, bo Wyjec chciał dominować rozmowę.
Zacząłem grzebać za źródłem problemu. Gdzie się ten Wyjec ukrywa? Przecież nie może się brać znikąd! Sprawdziłem zawieszenie i niczego nie stwierdziłem. Może odzywa się tylko przy jeździe? Ale że ręką nie rozpędzę koła do sześćdziesięciu na godzinę, to na razie musiałem pogodzić się z tym, że obecny stan wiedzy nie pozwoli mi się Wyjca pozbyć.
Tymczasem Wyjec zrobił się upierdliwy. Na trasie wył do porzygu. Jeszcze się skurczybyk uwziął i śpiewał swoje obrzydliwe arie akurat przy tych prędkościach, przy których najczęściej jeżdżę. Co gorsza, reszta samochodu zaczynała mu przy tym wtórować! Ale w tej swojej bucie Wyjec popełnił błąd. Zaczął przejawiać pewną manierę — przy skręcie w prawo milkł, przy skręcie w lewo wył głośniej. Zdekonspirował się, skurczybyk! Już wiedziałem, że siedzi w łożysku. Pozostało je wymienić.
Konstrukcja niezawodnej Suzuki postawiła mnie przed dylematem — z jednej strony było rozszerzenie warsztatu, zakup nowych narzędzi i upierdliwa robota, którą łatwo spieprzyć; a z drugiej było oddanie samochodu do warsztatu i niech się ktoś inny martwi. Akurat miałem odłożone pieniądze na samochód, więc zdecydowałem się na to drugie. No i dobrze, bo mechanik rozwiązał sprawę w kilka godzin.
I tutaj dochodzę do drugiego romantycznego aspektu jeżdżenia starym gruchotem. Gdy wreszcie Wyjec zniknął, jazda znowu stała się przyjemna! Po tych wszystkich przebojach jest tak cichutko, jak w najlepszej limuzynie. I dopiero teraz zaczałem to doceniać.
Wiele mądrości jest w powiedzeniu, że gdy jest Ci źle, zacznij uderzać się młotkiem w nogę. Gdy przestaniesz, poczujesz wielką ulgę!
JS