Skomponowałem listę materiałów i narzędzi do kilku małych projektów, którymi chciałem się zająć. Pisak TOMA TO-321, korektor albo milimetrowy flamaster akrylowy, calowa taśma nylonowa, dratwa lub mocna nić, zestaw igieł prostych i zagiętych, rzep i kilka agrafek. Same banały, ale do tego coś specyficznego - śrubę do starych, północnokoreańskich nożyc krawieckich po dziadku, w poprzedniej śrubie ktoś zerwał gwint.
We wtorek ponad godzinę spędziłem na przeczesywaniu sklepów w pasażu handlowym w moim mieście. Chińczyki, Akszony, Kiki, Pepki, Leroje i Leklerki mnie rozczarowały. Nie było tam nic z tego, czego bym potrzebował. Same barachło w paczkach po dziesięć. Z doświadczenia wiem też, że jak któryś sklep coś ma, to jest to około 30% rzeczy z listy, więc i tak trzeba odwiedzić przynajmniej trzy.
Tego typu sklepy są świetne, gdy nie ma się jasno określonych zapotrzebowań i człowiek zadowoli się porcją bliżej nieokreslonego szumu. Ichniejsza strategia sprzedażowa wydaje się brzmieć: “Wiemy, że tego nie potrzebujesz, ale zobacz jakie fajne i zobacz jak tanio!”
Natomiast, miałem też pozytywne doświadczenie.
W czwartek odwiedziłem rodziców w małym miasteczku. Wybrałem się na rynek, gdzie powoli spacerując pomiędzy sąsiadującymi ze sobą sklepikami, odwiedziłem domek papierniczy, sklep U Marzeny — sprzedawczyni zabawek i artykułów piśmienniczych, oraz pasmanterię. Całość zajęła mi pół godziny, z przerwą na wizytę w piekarni. Kupiłem wszystko czego potrzebowałem, rozmawiałem z miłymi sklepikarkami, które pokazywały mi różne ciekawe nowinki i alternatywy. Gdy czegoś któraś nie miała, to z radością odsyłała mnie do “konkurencji” naprzeciwko, z którą pewnie często wymieniają się asortymentem. s
Ot różnica pomiędzy obcym kapitałem nastawionym na ekstrakcję zasobów z terytoriów zasiedlonych przez tubylców, a służeniem lokalnej społeczności, której jest się częścią.
JS